Książki

Spekulant, czyli zasady obowiązują!

49,00 

Kategoria: Tagi: , ,
Opis

Mało kto wie, że Doug Casey, wybitny ekonomista wolnorynkowy, guru od inwestycji w złoto, srebro i inne metale szlachetne, jest także autorem powieści sensacyjnych, z których pierwsza ukazała się właśnie nakładem Fijorr Publishing. Akcja tej opowieści z kluczem i morałem rozgrywa się w Afryce Zachodniej, gdzie Charles Knight, poszukiwacz złota i spekulant w dziedzinie wydobycia metali szlachetnych wpada na trop międzynarodowej szajki oszustów, którzy na sprytnym kłamstwie i wyrafinowanej intrydze tworzą firmę wydobywczą mającą zrewolucjonizować rynek metali szlachetnych. Charles organizuje grupę ludzi, którzy chcą ujawnić oszustwo. Sam  wpada w tarapaty i tylko szczęśliwy los pozwala mu uniknąć śmierci. Fabuła zawiera niezwykle sugestywny wątek miłosny, a wisienką na torcie jest opis mechanizmu ukazującego jak współczesne państwo opiekuńcze i jego funkcjonariusze – urzędnicy i politycy – zamiast walczyć z bandziorami i ludźmi podejrzanej konduity, sami knują intrygi służące im do wzbogacenia się kosztem nieświadomych niczego podatników. Pod tym względem książka Casey’ego konkuruje z wybitną powieścią Ayn Rand, Atlas zbuntowany. Z tym, że Spekulant jest znacznie bardziej interesujący i wciągający. Liczba wątków  prowadzonych równolegle czyni tę powieść jeszcze bardziej fascynującą. Na najwyższe uznanie zasługuje warstwa literacka Spekulanta oraz język powieści, który krytycy  przyrównują do powieści Spekulant, napisanej ponad półtora wieku temu przez naszego pisarza, Józefa Korzeniowskiego. To niewątpliwie będzie bestseller lata 2017.

Spekulant to pierwsza z cyklu sześciu powieści Douga Casey opisujących przygody Charlesa Knighta. Mniej więcej za rok pojawi się tom II p.t. Narkotykowy baron. Wszystkie tytuły cyklu to powieści libertariańskie.

Oto fragment rozdziału 3. książki:

Trzy wielofunkcyjne quady firmy John Deere Gator czekały na przewiezienie gości koleinami wyżłobionymi szlakiem prowadzącym do głównej drogi. Charles i Winn jechali z niskim, nieśmiałym tubylcem o imieniu Tobi – pomagierem Goodlucka Johnsona, którego znał od zawsze.

Tobi, amator geologii, wykonał początkowe prace na ziemi Johnsona, używając pożyczonej wiertni do drążenia studni, by przebić się przez skałę, szukając w ściekach sproszkowanego złota. To Tobi zawarł kontrakt ze Smolderhofem i sprowadził go do Banga Sioquelle. Tobi podczas podróży, w którą ich wyprawił, miał niewiele do powiedzenia. Słychać było najpierw Johnsona, a później Smolderhofa.

Angielszczyznę Tobiego trudno było zrozumieć  – jego kreolski dialekt cechowało, między innymi, omijanie spółgłosek na końcu każdego słowa. Być może fraza „co ze sie stao” oznaczała, że stało się coś złego, ale ani Charles, ani Winn nie mogli być tego pewni. Tobi wciąż ją powtarzał. Mówił też „niebepiecznie tutera”, co w najlepszym tłumaczeniu znaczyło „niebezpiecznie tu i teraz”. Czy odnosiło się to do czegoś innego niż nieszczęśliwy wypadek i zagrożenia związane z operacjami wiertniczymi? Tobi miał skłonność do powtarzających się, niemal niezauważalnych, potrząśnięć głową w tył i w przód, jakby chciał zaprzeczyć całemu światu.

Charles i Winn zajęli tylne siedzenia i nachylili się ku sobie by móc rozmawiać przekrzykując hałas quada.

– Przebyłem taki szmat drogi, ale to nie była jakaś wielka wyprawa – powiedział Charles.

 

Obejrzeli parę kontenerów do przewozu metali, barak dla ekipy wiertniczej, kilka namiotów dla miejscowych robotników, stołówkę i kuchnię oraz laboratorium z żużlowych bloków.

– Były trzy wiertnie, ale działała tylko jedna – czy to nie dziwne, gdy chodzi o taką stawkę?

– Cztery ekipy wiertnicze właśnie wróciły do Kanady. Jest początek pory deszczowej. Sprawy wyraźnie zwalniają tu w Zachodniej Afryce – odkrzyknął Winn.

Oprócz ubogiego sprzętu i ubogiego personelu, uboga była droga, którą wiózł ich Tobi, o ile można było w ogóle nazwać ją drogą. Bliźniacze koleiny wytyczały szlak wśród palm, bambusów i pojedynczych kauczukowców. Szorstkie poszycie czyniło podróżowanie poza ścieżkami niemożliwym bez ciągłego machania maczetą.

– Przy wszystkich zapewnieniach Smolderhofa, przekształcenie tego miejsca w działającą kopalnię złota nie będzie łatwe – powiedział Winn. – Jeśli tego nie rozumie, jest głupcem. Ale myślę, że on to rozumie. A to czyni go łotrem. Będzie trzeba wielkiego przedsiębiorstwa górniczego, z wielkimi pieniędzmi i doświadczeniem, by tego dokonać. Potrzebne będą  miliony na wiercenia i rozwój, a później może i miliardy, by fizycznie zbudować kopalnię i doprowadzić ją do rentowności. Górnictwo nie jest już branżą, w której kilku gości z mułem może się łatwo wzbogacić.

– Więc transakcja z burmistrzem jest niezbędna…

– Bez niej to miejsce nie ma żadnej wartości.

Celem wycieczki było dotarcie do prawdy. Ale prawda zaczynała przygaszać blask trofeum. Perspektywa silnego spadku ceny akcji B-F przenicowała żołądek Charlesa, czuł jakby połknął gorącą skałę.

Potężny quad dotarł do czegoś, co przed minionymi wojnami było utwardzoną drogą, teraz zrytą i podziurawioną.

Poobijani pasażerowie Tobiego wysiedli obok dwóch zaparkowanych toyot land cruiser, z których tylko jedną zdobiło logo firmy. Kiwając na pożegnanie, Tobi przez chwilę siłował się z układem kierowniczym quada, obrócił koła i skierował je z powrotem ku planowanej kopalni, rozchlapując spod gruzłowatych bieżników czerwono-brązowy brud. Francuscy inwestorzy instytucjonalni, uzbrojeni w nowe doświadczenie w terenie, z niepokojem oczekujący, by stanąć w kolejce po więcej akcji tej obiecującej spekulacji, pośpieszyli do firmowego land cruisera. Charles miał do nich dołączyć, ale zawołał go Winn.

– Dlaczego nie pojedziesz samochodem ze mną, chłopcze?

Mimo iż  w zachowaniu Winna wciąż go coś niepokoiło, wolał jazdę z nim niż to, by go upchnięto z tyłu toyoty i ignorowano przez następne cztery godziny. Jeden z Francuzów podał mu plecak, Charles wrzucił go na puste siedzenie w samochodzie Winna.

– Nie lubię się podporządkowywać cudzym harmonogramom – wyjaśnił Winn, pochylając się nad maską swego auta, tymczasem służbowy SUV korporacji B-F z trudem pokonał pas trawy wjeżdżając na jezdnię. Rozpędzone auto wkrótce zniknęło im z oczu. – Powinniśmy się lepiej poznać.

Gdy drugi samochód zniknął, Winn rozprostował ciało i przestał się garbić. Jego twarz nie wyglądała już na przybitą czy uniżoną. Z oczu zniknęły jego okulary, podobnie jak kapelusz ze sztucznie doczepioną grzywką z długich siwych włosów. Brak tupecika ujawnił, domyślał się Charles, głowę porośniętą krótkimi brązowymi włosami, z odrobiną siwizny na skroniach. Winn przełożył przez ramię trzcinę, którą podpierał się na szlaku B-F i nagle zaczął wyglądać bardziej jak Indiana Jones niż zwiędnięty starzec. W kilka sekund ubyło mu ze dwadzieścia lat, zamieniając zwiotczałe ciało w naprężone mięśnie. Trzęsący się emeryt stał się sprawnym pięćdziesięciolatkiem.

Charles uśmiechnął się krzywo, doceniając to.

– Nieźle!

Przez ostatnie kilka godzin jego szósty zmysł nieśmiało mówił mu, że coś jest nie tak. Czy to firma B-F nie miała racji? Czy chodziło o ucharakteryzowanego Winna? Czy o coś innego?

– Mam przeczucie, że jest pan facetem, którego warto znać w tych stronach – powiedział Charles. – Przybyłem tutaj, by kontynuować swoją edukację. Uczę się od pana wiele więcej niż od całej tamtejszej załogi.

– Albo – odparł Winn, którego holenderski akcent zmieszał się teraz z amerykańskim – może pan wyeliminować pośrednika i poznać Sztukę wojny Sun Tzu osobiście. Jedna z głoszonych przez niego reguł brzmi, że dobrze jest wydawać się albo o wiele silniejszym, albo o wiele słabszym niż się jest – Winn zamrugał. – Jak pan woli.

– Ja też spodziewam się coś zyskać na naszej znajomości, chłopcze – dodał jeszcze. – Tylko głupi stary pies nie chce się nauczyć paru nowych sztuczek.

Winn rozglądnął się na wszystkie strony pustej drogi. Prócz sporadycznego wrzasku małpy w oddali wokół panowała cisza. W miejscu, w którym się znaleźli, było duszno od zapachu mokrej ziemi, wilgotnego powietrza i nadchodzącego deszczu.

– Dlaczego nie opróżni pan kieszeni z tych skał, które ukradł pan w B-F? Byłoby panu wygodniej.

Charles uśmiechnął się zakłopotany, sięgając do workowatych kieszeni swoich bojówek. Wyjął próbki skał i umieścił je z trudem w jednej z komór plecaka.

– Zdobycie ich niemal kosztowało mnie skórę.

– Kradzież można przypłacić życiem – odrzekł Winn.

– Kradzież skał?

– To nie pana skały, panie Knight. A mimo to pan je wziął.

Charles myślał, że jest bystry, bo znalazł metodę, by sprawdzić wiarygodność wyników wierceń firmy B-F, znajdując jedyne miejsce na posesji, gdzie – jak sugerowały stare badania geologiczne i mapy strukturalne Smolderhofa – formacja złotonośna mogła być na wierzchu, na powierzchni klifu. To było rzutkie przedsięwzięcie! A teraz stał przed nim Winn, mówiąc mu, że jest zwykłym przestępcą.

Charles zmarszczył brwi. Ścisnęło go w żołądku, gdy uświadomił sobie, że nawet jeśli to tylko skały, sam fakt zabrania ich bez pytania wpędza go w dylemat moralny. Co za różnica, że ukradło się dolara, czy coś, co jest warte tysiące? Czy umieranie z głodu usprawiedliwia kradzież bochenka chleba? Co, jeśli głoduje twoje dziecko? Czy skała różni się od chleba?

Własność to własność, niezależnie od jej wartości. Co, jeśli skała zawierała surowy diament, co nierzadko zdarzało się w tych stronach? To było stanowisko górnicze, każda skała mogła tu być cenna choćby ze względu na informacje, jakie ze sobą niesie. Czyż nie powiedział Winnowi – dokładnie w momencie, gdy wziął kawałki rdzenia – że są wypełnione złotem? Ale przecież przybył tu jako właściciel firmy, a to na pewno daje mu prawo do badań.

Charles nie mógł sobie pozwolić na to, by te kwestie zniknęły z jego umysłu nierozstrzygnięte. Na szczęście Winn sprawiał wrażenie kogoś, kto szanuje jego potrzebę  kontemplacji. Męczył się jeszcze chwilę i spojrzał na Winna. Pojął wtedy, że to nie Winn włączył jego wewnętrzny alarm, udając ułomnego starca. To jego własne zamiary go zaniepokoiły. Zachował się jak złodziej i w dodatku uważał, że postępowanie to czyni go kimś przezornym. Był równym gościem, jednakże jego czyny z trudem pasowały do tej roli.

Wtedy inne podejrzenie, równie niepasujące do roli dobrze wychowanego faceta, przyszło mu na myśl.

– Czy jest możliwość byśmy zostali tu przez jakieś piętnaście minut? – zapytał Charles.

– Nie bawi mnie włóczenie się po tej okolicy – odparł Winn, po czym dodał lekko dramatycznym tonem: – To jest terytorium tajnych związków. Niemądrze jest tu przebywać bez towarzystwa tubylców. To trochę jak być białym w South Central w Los Angeles po niewygodnym wyroku na czarnego albo czarnym na ziemiach, gdzie rządzi  Ku Klux Klan. Lubię, żeby części mego ciała znajdowały się tam, gdzie akurat są, zamiast wisieć wysuszone na sznurku wokół czyjejś szyi.

Charles, unosząc brwi, obrócił się w stronę Winna. Ten odpowiedział mu spojrzeniem i kontynuował:

– Tu może być jednak lepiej niż na Wyspach Salomona. Nie tak dawno ukrzyżowano tam wędrownego geologa. Nie wiem czy to religijny atawizm, który podłapali od misjonarzy, czy miejscowi po prostu mieli mu za złe, że wkroczył na ich teren…

Voodoo powstało w tajnych związkach Zachodniej Afryki, a dopiero po jakimś czasie, wraz z pierwszymi transportami niewolników, trafiło za Atlantyk. Te organizacje zachowały, choć tego akurat się o nich nie mówiło, władzę nad kulturą na tym obszarze. Wszyscy byli w nią zaangażowani. Prawnicy, rolnicy, służący, żebracy, politycy. Kobiety miały Sande a mężczyźni Poro. Mądrości i autorytetu przywódcy Poro, podobnie jak w przypadku nieomylności papieskiej, nie wolno było kwestionować. Miał on boski dar widzenia, wzmocniony potęgą tradycji przekazywanej w buszu przez stulecia indoktrynacji przesiąkniętej tabu. Teraz tajne związki pozwalały istnieć rządom. Nie było jednak wątpliwości czyje prawa się liczą, a czyje nie.

Inwencja cudzoziemców nie znała przeszkód, gdy próbowali sobie wyobrazić postępowanie tajnych związków. Niektórzy mówili, że ich celem jest szukanie i niszczenie zła. Przerażający strój-fetysz Diabła Poro na rzadko obserwowanych rytuałach sugerował, że ci ludzie znali zło z pierwszej ręki. Wiedzieli, jak ono wygląda.

Czasem zło wyglądało jak zdeformowany noworodek, czasem jak epileptyk. A czasem jak biały człowiek na błotnistej drodze głęboko w buszu, samotny, znikający, by nikt go już nie ujrzał.

Winn zakołysał się na siedzeniu kierowcy land cruisera ze zwinnością wyćwiczonego sportowca. Charles wspiął się na stronę pasażera, jego mięśnie w pełni doszły do siebie po wcześniejszym przeciążeniu, chociaż pokryte bąblami ręce miały boleć jeszcze przez wiele dni.

– Dlaczego chce się pan tu włóczyć – zapytał Winn, gdy zamknęli i zablokowali drzwi.

– Żeby zobaczyć czy ekipa B-F wybiera się ze swym poszkodowanym do szpitala.

– Myśli pan, że odstawiali tam przedstawienie kabuki? Winn przytaknął.

– Cóż, nie wydaje mi się, że inaczej zasługiwaliśmy na poświęcenie nam tak wiele czasu.

Winn uruchomił samochód i nastawił klimatyzację na cały regulator. Jego głos nie był już zgrzytliwy i słaby, dawał się z łatwością usłyszeć pomimo wentylatora.

– Śmigłowce wciąż nie są dozwolone nad Gondwaną. To strefa zakazu lotów narzucona przez ONZ. Gdy tubylcy robią się niespokojni, duzi chłopcy lubią odbierać im zabawki. Zatem medyk B-F będzie musiał jechać tędy – pomachał ręką w kierunku drogi – o ile rzeczywiście zamierzają zabrać tego nieboraka i jego ramię do kliniki w Gbarngedzie… Zaczekajmy więc chwilę i zobaczmy. A podczas oczekiwania może mi pan powiedzieć, panie Knight, dlaczego zdecydował się pan przebyć całą drogę ze Stanów, by zobaczyć na własne oczy, co się dzieje w Banga Sioquelle i ukraść im te skały?

Charles poczuł potrzebę bycia szczerym.

– Złoto. Przygoda. Ekscytacja. Ktoś, kogo szanuję, powiedział, że Afryka to najlepsze miejsce na świecie, by młody człowiek – taki jak ja – mógł się wzbogacić.

– Jeśli nie przeszkadzają panu upał, insekty, choroby i bieda, to prawda. Jest o wiele lepiej niż w czasach, gdy pierwsi podróżnicy co dnia mierzyli się tu ze śmiercią, ale Afryka wciąż może być naprawdę groźna i zła.

– Lubię spartańskie warunki.

Brak chronicznej nędzy w życiu Charlesa do tej pory wynikał przede wszystkim z czynników losowych – tak naprawdę, to chłopak wygrał los na kosmicznej loterii, rodząc się jako biały mężczyzna w USA. Miał jednak jak w banku, że ta sytuacja nie będzie trwała zbyt długo.

– Dobrze panu tak – Winn kiwnął głową. – Niech pan sobie ubrudzi ręce. Ale powinien pan postarać się o jakąś lepszą odpowiedź, niż to że przybył tu pan, by się wzbogacić. Nie uważa pan?

– Nadszedł czas, bym zaczął pływać po głębszej stronie basenu.

– Gdzie była pańska płytka strona?  Gdzie chodził pan do szkoły?

– W Montanie. Ale uciekałem z wielu lekcji – był z tego dumny i czuł, że Winn może go za to pochwalić. – Spędziłem większość czasu w bibliotece albo szwendając się po lasach.

– Widzę. Prawdziwa edukacja w Szkole Wagarów. Założę się, że nigdy nie przyszło im do głowy szukać wagarowicza w bibliotece. Gdzie pan poszedł po liceum?

– Nie ukończyłem liceum. Popatrzył na Winna, szukając dowodów ukrytej pogardy lub otwartego upomnienia. Winn jednak potaknął, wyrażając cierpką aprobatę.

– Jak to się dla pana skończyło?

– Świetnie, uczę się sam – Charles wzruszył ramionami. – Po prostu coś od czasu do czasu przeczytam, by to coś doprowadziło mnie do innych ciekawych rzeczy. W Montanie jest wszędzie pełno skamieniałości. Który chłopiec nie lubi dinozaurów? Czytanie o paleontologii doprowadziło mnie do biologii i geologii. Chciałem zrozumieć, jak formują się skały, więc musiałem nauczyć się trochę chemii – do tego byłem jak większość normalnych dzieci, więc chciałem wiedzieć, jak robi się proch strzelniczy. Zacząłem bawić się modelami samolotów, a później modelami rakiet, stąd zainteresowałem się fizyką. Do tego trzeba matematyki. Uwielbiałem wszystkie magazyny popularno-naukowe, nabrałem nosa, który prowadził mnie od jednego zagadnienia do drugiego. Nie miałem jednak pieniędzy. One są potrzebne, by przejść od teorii do praktyki. Potrzebowałem pieniędzy, więc zacząłem pracować.

– I tak nauczył się pan ekonomii…

– Tak – odparł Charles, sięgając do plecaka, wyciągnął dwie butelki wody i podał jedną Winnowi. – Nauki ścisłe miały ręce i nogi, ale książki z ekonomii, które najpierw wpadły mi w ręce, były zupełnie bezsensowne. Wszystko mnie w nich irytowało.

– Co ma pan na myśli?

Charles odwrócił się, by spojrzeć na drogę, z nadzieją, że nie zobaczy Diabła Poro wyłaniającego się z gęstwiny buszu.

– Nie wiem, nie doszedłem do tego. Były tam głównie opinie o tym, co rząd powinien robić ze swoimi zasobami ludzkimi, przykryte sporą porcją matematyki. Wszystko o tym jak powinni używać ludzi i ich własności.

Kilka maleńkich mięśni w twarzy Winna wyraziło niemal niezauważalne rozbawienie.
– Ekonomia i finanse kręcą się wokół pieniędzy. Ale profesorowie, którzy wykładają te przedmioty, nigdy nie definiują, czym naprawdę są pieniądze. Pieniądze są ważne. Nie są tylko krążkami metalu, kawałkami papieru czy zapisami w komputerze. Reprezentują cały czas, który spędził pan na ich zarabianiu. Reprezentują wszystkie dobre rzeczy, które chce pan mieć i robić, i dostarczyć innym. Tak naprawdę reprezentują samo życie w skoncentrowanej formie. Pieniądz to nie rzecz. To koncepcja moralna. To jeden z powodów – a jest ich wiele więcej – dla których nie jestem chrześcijaninem. Tradycyjna koncepcja mówiąca, że pieniądze są źródłem wszelkiego zła – choć tak naprawdę wiara potępia miłość do pieniędzy – spowolniła moralny i ekonomiczny postęp ludzkości o wiele pokoleń. To perwersja. Wiele koncepcji, które są nie tylko fałszywe, ale w rzeczy samej dokładnym przeciwieństwem prawdy, rości sobie prawo do moralnych wyżyn – opowiadał dalej.

Winn też spojrzał w obie strony pustej drogi, pijąc z radością duszkiem wodę. Przemówił powoli.

– Jedziemy na tym samym wózku – ty i ja. Niewiele z tego, czego uczyli mnie w szkole, miało mi pomóc w odniesieniu sukcesu życiowego. Można by pomyśleć, że nauczyciele oczekiwali, iż wszyscy później wstąpimy do związków zawodowych jak oni i będziemy odbierać pensję przez resztę życia.

– Moje referencje ze szkoły nie przyniosą mi dobrze płatnej posady.

Xander przyznał mu rację kiwnięciem i rzekł:

– Pensja. To znaczy sprzedać życie za utrzymanie. Czy wie pan, że słowo salary (wynagrodzenie) wywodzi się z łacińskiego sal, czyli sól? A pecuniary (pieniężny) od pecus, co po łacinie oznacza krowę? I krów, i soli używano kiedyś jako pieniędzy. To dziedzictwo przetrwało w naszych językach. [W średniowieczu polskie słowo „bydło” oznaczało również „majątek” – przyp. tłum.].  Ale sól może zostać spłukana przez ulewę. Krowy mogą zachorować, trzeba je karmić, a każda jest inna. Dlatego to metale – złoto, srebro i miedź – zostały preferowaną przez ludzi formą pieniądza. Oto dlaczego tu jesteśmy.

– A teraz są papierowe pieniądze – dodał Charles.

– Tak, to ulubiona waluta rządów. Można ją wydrukować bez żadnego wysiłku, o ile jest się rządem lub bankiem. Dlatego oni mają taką władzę. Wszyscy inni muszą ciężko pracować na pieniądze.

– O niczym takim nie uczą w szkole.

– Magistrów ekonomii na uniwersytetach też nie.

Charles uśmiechnął się krzywo – ukrył w ten sposób trochę lęku.

– Może powinniśmy otworzyć kopalnię papieru. Możemy wydobyć wiele papieru z błota i sprzedawać go.

– To się nazywa Wall Street, chłopcze. Spowoduje to kiedyś prawdziwą katastrofę gospodarczą. Ci ludzie nie rozumieją podstaw ekonomii. Teraz powie mi pan więcej o tym, skąd się pan tu wziął.

Siedząc w land cruiserze daleko w buszu z wciąż dygocącymi rękami, Charles sam nad tym się zastanawiał.

– To okazja, by uczyć się przez działanie. Połączyłem moje stare zainteresowanie geologią z nowym zainteresowaniem, jakim jest odkrywanie ekonomii, i wykombinowałem parę dolców. Jedna rzecz naturalnie prowadziła do następnej. Przedstawiono mi brokera, który specjalizował się w akcjach kopalń, a on skierował mnie do B-F. Spodobała mi się ich opowieść i zacząłem kupować. Pod lekkim naciskiem ze strony wuja zacząłem zgłębiać górnictwo, a później eksplorację minerałów. Z tego, co mogłem dostrzec, stawka wzrosła na tyle, że stało się konieczne, bym wyruszył w teren. Chciałem zobaczyć te grunty, zobaczyć ludzi w działaniu i wziąć za rogi tutejszą politykę – odpowiedział Xandrowi.

Winn uśmiechnął się i uniósł po kolei palce, licząc od jednego do trzech.

– Ludzie, Ziemia i Polityka. Trzy najważniejsze z wielkiej dziewiątki wartości. Może pan być ich pewny jedynie na miejscu.

Charles potaknął.

– Wielka dziewiątka to nie jest coś, o czymś słyszy się w programie o finansach na CNN. Poznał ją pan od kogoś, kto coś wie o inwestowaniu w zasoby?

To był znowu jego wuj Maurice.

– Tak. Finanse, Pchnięcie, Papiery, Promocja, Ceny i Problemy – Charles sam unosił palce po kolei.

– Całkiem nieźle jak na młodzieniaszka.

– Mam cichą nadzieję, że zdołam szybciej zmądrzeć niż się zestarzeję, panie Winn – odpowiedział Charles bez wiary w siebie.

– Mów mi Xander. Jeśli pożyjesz dość długo, przypuszczam, że możemy razem dobrze się zabawić.

Czekali. Ani jeden pojazd nie pojechał drogą na północ, choć była to główna trasa z Gondwany do granicy Gwinei, oddalonej zaledwie o kilka kilometrów. Żaden pojazd należący do B-F Explorations nie jechał na sygnale z nagłą misją ratowniczą na południe po krew do Gbarngedy. I żaden Diabeł Poro nie wychynął z buszu.

            Gdy dwóch mężczyzn czekało na tej wąskiej, brudnej drodze, do Charlesa dotarło, że wciąż nic nie wie o Xandrze Winnie. Przepływ danych osobowych między nimi odbywał się równie wąską drogą – wyłącznie w kierunku Winna.

Miłej lektury!

Opinie (0)

Opinie

Na razie nie ma opinii o produkcie.

Napisz pierwszą opinię o “Spekulant, czyli zasady obowiązują!”

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *